Narzędzia magiczne to jest jednak trudna sprawa… Teoretycznie sprawa jest prosta – uczymy tego na samym początku, bo młody adept powinien wiedzieć przy pomocy jakich przedmiotów przyjdzie mu uprawiać magię. Dostaje więc podstawowe informacje na temat najczęściej stosowanych narzędzi oraz instrukcje jak je poprawnie wykonać (o ile takie są, bo nie jest to standardem). Adepci kiwają grzecznie głowami i próbują spamiętać cały ten lore. Gdy już wydaje się, że wszystko będzie dobrze i witamy się z gąską, wypada rzucić standardowym „czy masz może jakieś pytania?”. Tutaj się zaczyna armagedon pytań o rzeczy sensowne (to jest nawet dobre, warte pochwalenia), dziwne („ale co to znaczy czarny?”; „a może być taki brązowy co wpada w czarny?” – polecam grupę w 100% męską, oni się nie znają na kolorach i można sobie tego oszczędzić), przedziwne i idiotyczne. Potem człowiek ma wrażenie, że już po wszystkim i już będzie dobrze… a potem bierze telefon do ręki i okazuje się, że dostaje wiadomości ze zdjęciami, linkami do Etsy/Amazona/Allegro/czegoś tam innego z pytaniem czy to może być, bo w instrukcji jest tak, ale tu jest inaczej, ale się podoba i może jednak ta instrukcja nie jest taka ważna… Najgorzej jak się uczy gadżeciarza, który lubi mieć kolorowy szpej z ozdóbkami. Ja co prawda miałem szczęście nie trafić na osobę, która miała misję ulepszania rzemiosło przez piękno instrumentarium, ale widziałem pytanie czy kryształy Swarovskiego na nożu jeszcze przejdą.
Walter Burkert (taki niemiecki badacz kultury antycznej, w tym także kultów misteryjnych) w jednej ze swoich książek napisał, że misterium nie tkwi w przedmiocie („Starożytne kulty misteryjne” – polecam wszystkim zainteresowanym czarownictwem, książka zachęca do pewnych przemyśleń). Niektórzy idą w tym poglądzie bardzo daleko twierdząc, że w zasadzie narzędzia nie są potrzebne – patyk może robić za nóż, a w ogóle to sprowadzanie rytuału do machania ładnymi przedmiotami jest spłycaniem doświadczenia misteryjnego. Pełna zgoda, ale te narzędzia po coś jednak są. Bardzo często wiążą się z nimi konkretne interpretacje wynikające z tradycji i przyjętego sposobu pracy. Trzeba pamiętać, że uniwersalne interpretacje nie istnieją – to, że w jakiejś tradycji kocioł łączy się z kobiecością i łonem nie oznacza, że to jest uniwersalne skojarzenie. W zasadzie nie powinienem tutaj takich truizmów pisać, ale ostatnio na pewnym serwerze w dyskusji o kotle właśnie padło takie przekonanie ze strony jednego z userów. Był bardzo zdziwiony gdy uświadomiłem go, że w zasadzie nie pracujemy z żeńskimi istotami i nie jestem przedstawicielem kolejnego kultu zorientowanego na Boginię.

Osobiście zwracam uwagę na to, żeby narzędzie nie przyciągało wzroku. Po prostu – gdy uwaga ludzka skupia się na fikuśności przedmiotu jest odciągana od tego po co w zasadzie żeśmy się zebrali. Moja tolerancja dla blink-blink noży, fikuśnych szatek i tym podobnych rzeczy jest w zasadzie żadna. Co prawda w świątyni jest raczej ciemno (używamy świec, to pomaga, bo czasami lepiej pewnych rzeczy nie widzieć), ale ja mam w czasie obrzędów okulary, a i w język przestałem się gryźć kilka lat temu. Jak mi się nie podoba to mówię wprost – bez pozostawienia pola do dyskusji.

Do przechowywania narzędzi używam cosia ze zdjęcia obok. To szpitalny kontener używany do sterylizacji narzędzi chirurgicznych. Zdjęcie ma charakter poglądowy. Po prostu wyniosłem jeden ze szpitala – miał iść do utylizacji ze względu na zjechany mechanizm zamykający. Siostra oddziałowa nieco dziwnie zareagowała na moje pytanie czy mogę sobie takowy przywłaszczyć, ale problemów nie robiła. Tak oto stałem się posiadaczem mistycznego kontenera – nie zdążyłem jeszcze dorobić do niego magicznej legendy o tym jak to moja praprapraprababcia podarowała mi go jako rodzinne dziedzictwo. Mimo mojej wielkiej miłości do spuścizny po Robercie Cochranie – nie mam zamiaru kopiować go w tym względzie. Kontener ma przegródki i wszystko dobrze leży, w dodatku można go zamknąć, przenieść, czy co tam tylko sobie chcecie.

Posiadam też „zestaw transportowy”. Gdyby ktoś chciał dociekać co to jest – to etui na narzędzia chirurgiczne. Podobnych używało się miliony lat temu w polskiej armii. Można to zwinąć jak naleśnik i bez problemu włożyć pod pachę albo do torby. Wygodne, w dodatku nadaje się do prania w pralce z dodatkiem płynu do płukania, więc jak ktoś ma życzenie to jego instrumentarium może pachnąć kwieciem albo świeżością alpejską w wersji chemicznej. Inne zapachy też mile widziane, w dodatku tkanina jest gruba i zdecydowanie idiotoodporna. Czasami można dostać na Allegro, nie ma innego wyjścia niż polować.
Pora jednak przejść do rzeczy i omówić podstawowy zestaw narzędzi, którego używamy w czasie naszych rytuałów. Przypomnę dla porządku, że zajmuję się tradcradftem inspirowanym przez praktyki ludowe Słowian. Tak w bardzo dużym skrócie.
Ołtarz
Sprawa tutaj jest bardzo prosta. Nie będę opisywał budowy, umiejscowienia i teologii ołtarza, bo go po prostu nie ma. Jest stoliczek (zdecydowanie niemagiczny) przykryty czarnym suknem (na białym łatwiej widać brud i plamy po winie). Na stoliczku znajdują się narzędzia używane w rytuale – ułożone tak, żeby osoba, która będzie ich używała miała wygodnie. Nie ma żadnej mistycznej kolejności, ale zwykle narzędzia metalowe są zgrupowane po jednej stronie. Dodatkowo umieszcza się tam wodę, sól, cukier, chleb i mak, które są później poświęcane. Chleb i wodę spożywa się od razu, resztę (mak, cukier i sól) ludzie zabierają do domu do dalszego wykorzystania. Umiejscowienie ołtarza nie ma znaczenia, ważne, żeby wszystko było pod ręką. Widziałem rytuał, w którym osoba pełniąca główną rolę siada na środku ołtarza i robi swoje, ale moim zdaniem to mało wygodne, można się zsunąć dupą i zaliczyć bliskie spotkanie z ziemią. Sam preferuję krzesełko na środku (poduszka też się sprawdzi dobrze), ołtarz jest ustawiony za krzesłem albo po prawej stronie.
Kocioł
W dawnych czasach czarowano głównie w kuchni, stąd duża rola kotła i łańcucha, na którym był zawieszany oraz ognia, który płonął pod kotłem. Istnieje bardzo wiele legend tłumaczących pochodzenie ognia, niektóre są podobne do tych, których uczymy się w szkole podstawowej. Wszyscy znają legendę o Prometeuszu, który po ulepieniu ludzi z gliny podarował im ogień, który wcześniej ukradł bogom. W serbskich legendach rolę bogów pełnią Anatemy (ludzie przeklęci posiadający sporo demonicznych cech). Słowiańskim Prometeuszem jest święty Sawa, który przeniósł ogień na szczycie swojej laski. Czasami Sawa chowa ogień pod kamieniem aby uniknąć złapania.
Przez wiele czarownic kocioł jest kojarzony z łonem, częste są także odniesienia do świętego Graala i innych kotłów znanych z mitologii. Zasadniczo to ma sens, ale w tym wypadku musimy się wyzbyć tego połączenia. Na wsiach symbolem łona jest raczej piec chlebowy, bo właśnie tam (przy udziale ognia, który jest ewidentnie męski) dochodzi do mistycznej transformacji substancji – mówiąc krótko, to tam z ciasta powstaje chleb zdatny do jedzenia. Kocioł często zawiera wodę, czasami jest w nim coś tam gotowane. Bywa też po prostu pojemnikiem na narzędzia – w opisach rytuałów często pojawia się informacja, że operator coś tam z tego kotła wyciąga.
Są opisy, gdzie kocioł powinien być biały. Kocioł w tym kolorze występuje np. w obrzędach związanych z pieczeniem chleba. Używa się wtedy świętej wody przyniesionej i gotowanej w białym kociołku. Tolstye (Slavjanskij i balkanskij fol’klor) opisuje też rytuał, w którym kociołek zostaje ustawiony do góry dnem – zaklęcie ma na celu ochronę przed gradem. Kocioł z wodą przykryty specjalnym ręczniczkiem (używanym do przykrywania chleba po jego upieczeniu) pojawia się także w rytuale związanym z budowaniem nowego domu. Woda z kotła jest rozlewana po klepisku, co ma zapewnić dobrobyt mieszkańcom.
Kotły są bardzo ważne w rytuałach związanych z kośćmi. Są one w kotle przechowywane, moczone bądź też gotowane. Kocioł był istotny w inicjacji kresników – o szczegółach można sobie poczytać u badaczy, którzy zgłębiają temat (Luka Šešo, Tomo Vinšćak). W dużym skrócie – jest kocioł, jest ogień i kość, która trafia do kotła.
Dla nas kocioł jest przede wszystkim symbolem istot wyższych. Wierzymy, że bogowie „wyszli z głębi ziemi”. Stąd kocioł wypełniony ziemią jest dla nas symbolem miejsca, gdzie mieszkają siły wyższe. Używam tu zamiennie terminów „bogowie” i „siły wyższe”, bo w tym momencie to nie stanowi większej różnicy (w praktyce to bardziej skomplikowane). Kociołek z ziemią jest więc przypomnieniem naszej legendarnej przeszłości i formą obecności bytów w rytuale.
Kocioł potrzebuje jeszcze łańcucha, na którym był zawieszony nad ogniem. Zazwyczaj nazywa się go verige – to słowo oznacza nic innego jak łańcuch właśnie. Jego znaczenia musimy szukać w legendach – w tym wypadku mamy do czynienia z łańcuchami z nieba i przysięgami (łańcuch pękał gdy ktoś przysięgał kłamliwie). Ogólnie – uznaje się, że łańcuch to łącznik między światami, w tym wypadku między światem ludzi i miejscami, gdzie mieszkają siły wyższe i przodkowie. Tutaj nie ma jedności wśród etnografów i praktyków – jedni uważają, że verige jest nawet ważniejsze niż kociołek i jest z nim związana większa ilość zakazów. Nie można np. umieszczać w jego pobliżu rogów. Do verige przyczepia się kości i inne „elementy” zwierząt (np. kępki sierści) – zazwyczaj przy pomocy zielonych nici (bo zielony, podobnie jak czarny są związane z zaświatami). Zdarza się, że na końcu łańcucha ląduje kurza głowa i taką „kołatkę” znajduje się tuż obok drzwi.
Doczepianie kości jest fajne, ale raczej wtedy gdy łańcuch leży na ziemi (stanowi wtedy granicę między tym gdzie znajduje się osoba przenosząca moc istot i resztą uczestników) albo wisi swobodnie. W rytuałach, w których łańcuchem trzeba pomachać (można nim kręcić nad głową) albo uderzać w ziemię to się nie sprawdza – kości lubią się odczepiać, czasami coś tam odpadnie i ktoś dostanie pociskiem w głowę.
Dla jasności – cztery/pięć żywiołów i kociołek jako symbol wody to nie tutaj. Tego nie mamy. Piszę to dla jasności, bo jak ktoś sobie to tak przyporządkuje to odpadnie już na poziomie kociołka i łańcucha.
To jest w zasadzie cała święta przestrzeń – jest kocioł z ziemią, jest łańcuch (najczęściej leżący na ziemi, czasami wiszący gdzieś tam, ale wciąż widoczny) i jakiś stoliczek robiący za składowisko narzędzi. Czasami dochodzi do tego jakieś krzesełko albo poduszka, żeby dźwigać święty odwłok.
Bez obaw – będzie kolejna część, w której się rozprawię z kolejnymi narzędziami.

Dodaj komentarz